Z powodu ulewy i słabych prognoz trochę się obawialiśmy, ale zamówiliśmy poranną wycieczkę do świątyń wokół Yogyakarty (70 000 IDR/osoba). Pobudka o 4 rano, wyjazd tuż przed 5, żeby chwilę po wschodzie słońca być w Borobudur. Ku naszemu zaskoczeniu i wielkiej radości ranek wstał pogodny i do popołudnia mieliśmy bardzo dobrą pogodę. Wstęp do Borobudur dla obcokrajowców do 15 USD/normalny, 8 USD studencki, a na wejściu można się napić kawy i herbaty:) Myśleliśmy, że świątynie są gdzieś głęboko w dżungli poza miastem, ale nie, obie dostępne blisko z miasta, obie otoczone dużymi zadbanymi parkami. Borobudur zrobiło na nas duże wrażenie, a oświetlenie zrobiło swoje i się naprawdę umęczyliśmy zanim teraz wybraliśmy te parę fotek do wrzucenia. Świątynia jest z IX wieku, z "dzwonami"- stupami, a w każdej siedzi Budda. Można się było wdrapać na szczyt świątyni, usiąść i podziwiać widoki, bo oprócz samego kamienia był jeszcze dymiący wulkan Merapi z sąsiadującą górą, a po lewej stronie jeszcze drugi, nieaktywny wulkan, lasy palmowe i piękne słońce. Potem zawieźli nas do dużo mniejszej, skromniejszej świątyni Mendut z Buddą siedzącym w zdecydowanie zachodniej pozie. Przy świątyniach puszczane są typowe melodie kojarzone z takimi miejscami, które dodają dużo klimatu, Maciek jedną płytę dla nas dorwał, a Agata oberwała po głowie, żeby się do targowania nie mieszała, bo psuje, co jest prawdą, więc zbijanie cen zostało w 100% pozostawione Maćkowi (cenę płyty zbił z 80 000 do 35 000:)). Na koniec jeszcze hinduistyczna świątynia Prambanan, zupełnie inna, ale równie imponująca (13 USD za bilet, 7 USD studenci, kawa i herbata-chyba jaśminowa, pyszna- też były). Do niej dotrzeć można nawet miejskim autobusem, tak jest blisko. Do niektórych miejsc można było wejść, inne były zamknięte lub remontowane, ale my byliśmy w pełni usatysfakcjonowani. Wróciliśmy cali szczęśliwi z zamiarem wykupienia od razu na następny dzień package tour do wulkanu Bromo z przejazdem na Bali. A tu zonk- nigdzie jechać nie możemy, bo jest kilkudniowe święto i transport nie działa. Wiedzieliśmy o końcu Ramadanu i trudnościach na jakie się możemy natknąć z tego powodu, ale sądziliśmy, że uda nam się właśnie ostatniego dnia sprytnie umknąć. Nic z tego-łaziliśmy po mieście, wszystkie biura zamknięte na 4 spusty, utknęliśmy w Yogyakarcie na 2 dni dłużej niż planowaliśmy, niestety kosztem Bali, co nas trochę zasmuciło, ale potem stwierdziliśmy, że i tak chcieliśmy sobie zrobić moment oddechu, z leżeniem do góry brzuchem, czytaniem książek i sączeniem soków, w końcu to wakacje. Choć mieliśmy nadzieję, że ten moment będzie właśnie na Bali, no ale cóż, Yogyakarta też musi wystarczyć:) Hostel jest ok, ku naszemu miłemu zaskoczeniu, gdy sobie wieczorem siedzieliśmy na naszym mini-tarasie z klimatyczną ratanową lampką przynieśli nam evening tea z ciastem:) Świetnie od nas też słychać wszystkie śpiewy i fajerwerki, zresztą i z hostelu były puszczane:) Także następne 2 dni to laba, ewentualne dozwiedzanie Yogyi, o ile będzie coś otwarte, a 12 zamierzamy się wynosić:)